| < Wrzesień 2016 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30    
środa, 18 listopada 2015

.....???

3 x pierdu, pierdu,  pierdu!

niedziela, 15 listopada 2015

... serca? Czy raczej ochoty wyczyszczenia trzewi? Nieważne, ale muszę "popełnić" ten wpis.

Bardzo długi czas nie czułam chęci do pisania i przelewania tu swoich myśli. Wiele się działo, ale nic bardzo złego, spokojnie dawałam sobie radę bez klepania w klawiaturę. Wystarczało wyjście do ogrodu, pochylenie się nad grządkami i wyrywanie chwastów, które pomagały opuścić moją głowę niepotrzebnym myślom.

Ale jak tu plewić, jak zimno, wietrznie i deszczowo? 

No dobra, przejdę do meritum: martwię się sytuacją w kraju i tymi zamachach we Francji.  

I chyba nie muszę tłumaczyć, co mi szczególnie doskwiera u nas w polityce... To, że naród tak wybrał jak wybrał, przyjmuję, takie są zasady demokracji, choć kwiczeć z radości z tego powodu nie będę.

Ale żeby do rządzenia dopuścić osoby, które mają wyroki? Albo takie, które mogłyby pisać bajki dla niegrzecznych dzieci, żeby za karę nie mogły spać? To przeraża mnie, tak jak powrót kolejnej RP... która może się przekształcić w państwo dyktatorskie...

Zastanawiam się. jak potem długo trzeba będzie naprawiać to, co schrzanią...i ile trzeba będzie za to zapłacić i kto to zrobi... czy jeszcze my zdążymy, czy nasze dzieci będą się z tym zmagały? A może nasze wnuki...

To zaś, co stało się we Francji, wzbudza we mnie niesamowite dla Francuzów współczucie. I martwię się, że wśród nas jest tak dużo osób, które przykazanie bliźniego znają tylko z lekcji religii czy kościoła, ale nie wiedzą, że należy je stosować w życiu. I że nie rozumieją czegoś takiego, jak solidarność w bólu i żalu?

Na Facebooku powstała ciekawa inicjatywa, by dodać do swojego zdjęcia profilowego flagę Francji na znak solidarności właśnie. I co? Mnóstwo osób dołączyło do akcji, a to zaczęło kłuć w oczy pewne środowisko, środowisko mające usta nafaszerowane sloganami miłości do ojczyzny, ojczyzny nad inne ojczyzny. I padały pytania, czy na święto niepodległości dodaliśmy naszą flagę? I dlaczego zrobiliśmy to teraz a nie dodaliśmy flagi Rosji, kiedy ich samolot został przez ISIS zestrzelony(najprawdopodobniej)?

I oczywiście wszyscy imigranci to terroryści! Dlatego nie wolno nikogo przyjąć! 

A ja, głupia!, zawsze pomagam tym, którzy o tę pomoc proszą, żeby przez przypadek nie ominąć wśród możliwych wyłudzaczy naprawdę potrzebujących...

Najlepiej więc nie okazywać uczuć współczucia, cieszyć się, że to u nich (we Francji) się tak dzieje a nie u nas, ale sami sobie napytali biedy, przygotować zasieki, zamknąć granice, produkować tylko w sobie poczucie wyższości i uważać, że nam się należy wszystko co najlepsze, bo my jesteśmy ponad wszystkimi....?

Chyba coś podobnego już w historii kiedyś było... 

Straszne, że powtarza się właśnie u nas

 

 

czwartek, 05 lutego 2015
czwartek, 24 lipca 2014

... odkąd mieszkam u siebie, w swoim drewniaczku.

Jest cudnie!

I nie mam tu na myśli wystroju wnętrz (bo u mnie prostota) czy też pięknego ogrodu (bo mój raczej przypomina nasady z przypadku :), ale kwitnące, czyli cieszące oko, inne rodzące owoce, no i swoje warzywa), ale o świadomość, że to jest MOJE MIEJSCE.

Cieszę się każdą chwilą spędzoną w nim, każdą załatwioną sprawą, każdą pierdółką kupioną do niego i każdym nowym zadaniem czekającym mnie do zrobienia.

Wcale a wcale nie dręczy mnie świadomość, że po tych deszczach czeka mnie znowu kilka dni pielenia w ogrodzie, bo nic tak szybko nie rośnie jak chwasty.

A najdziwniejsze jest to, że dopiero TU nauczyłam się cieszyć chwilą.

I nie dręczę się faktem, że nie wszystko jeszcze w domu skończone a i wokół niego mnóstwo jeszcze prac. Cieszy mnie to!

Coś się we mnie  zmieniło (chyba z wiekiem?). Bo jeszcze nie tak dawno wszystko u mnie musiało być JUŻ.

A teraz uważam, że dobrze jest jak jest i że fajnie jest czekać na kolejne rzeczy.

Na zakończenie dzisiejszego wpisu kilka fotek moich "domowników":

Wróbelek

Rozmowa

14:31, malka19 , Dom
Link Komentarze (5) »
sobota, 26 października 2013

Wydawać by się mogło, że to akurat słowo, symbolizujące powtarzalność, nie powinno wywoływać nie wiadomo jak dużych emocji... najwyżej irytację.

Albo niechętną zgodę, pełną rezygnacji, na następstwo tych samych, często przykrych obowiązków... j

I na to się zgadzam, choć nie zawsze mi się to podoba.

Niech sobie będzie kolejny rok szkolny...

...kolejna wywiadówka...

...kolejne problemy, sprzątanie, kolejne wydatki, kolejna wymiana zdań...

...na kolejne pożegnania człowiek z wiekiem też się nastawia, pod warunkiem, że są one przewidywalne...

Ale nie ma we mnie zgody, pogodzenia się na to KOLEJNE...

Kolejny raz młody człowiek z mojej miejscowości odebrał sobie życie...

I dziś jest kolejny pogrzeb...

poniedziałek, 02 września 2013

... ale z nowego miejsca .

Uświadomiłam sobie, że od teraz muszę być dużo bardziej zorganizowana niż dotychczas.

Jeszcze w czerwcu do pracy miałam 15 metrów (licząc schody w dół) i z 3 metry podwórka. Teraz ponad 2 kilometry. Czasowo troszkę dłużej schodzi mi droga. ;) Piechotką to 30 minut (przy obciążeniu np. książkami lub zeszytami).

Wiadomo, że będę starała się dojeżdżać opelkiem...

Ale jak mu cosik wysiądzie? Ma prawo, w końcu jest już nastolatkiem pełną gębą (15 rok mu idzie) a samochodowi to pewnie powinno się liczyć lata tak jak psu.

Hmm...

Muszę więc mieć zapas czasu.

Czyli co? Mam wstawać o wpół szóstej?!?

W życiu! Dopuszczam taką możliwość jedynie raz na kwartał! :)

Tyle odnośnie porannych przemyśleń.

Po kościółku i zjawieniu się w szkole poczułam się na swoim, właściwym miejscu. Co mnie zaskoczyło, bo przecież w te wakacje prawie w ogóle nie odpoczęłam a na myśl o pracy dostawałam gęsiej skórki i otrzepywało mnie! 

Dzieciaki czy mądrzejsze? Tego jeszcze nie wiem. Z tego co widać to jeszcze bardziej urosły. Niektórzy chłopcy to powinni się na koszykówkę zapisać, do kosza by wsady robili bez podskoku. ;)

Dziewczynki zaś (niektóre) czują się W SZKOLE jak modelki na wybiegu. Trzeba je będzie ciut przystopować.

A poza tym to nic nowego nie ma.

- Stara bida! - jakby powiedział jeden z moich kolegów.

Byle tylko ta bida mi z portfela wybyła.

Howgh!

 

środa, 07 sierpnia 2013

Raczej kalarepisko! ;)

Taka mi urosła na mojej działce. Bez nawozów, bez zasilania, tylko w ziemi, którą poprzedniego roku przywieźliśmy i wyrównaliśmy teren.

KalarepkaKubek postawiłam obok, by pokazać jej wielkość! A waży ponad 2 kilogramy!

Zaraz mam zamiar zrobić ją na obiad. Na gorąco, z marchewką.

Przepis:

Obrać potwora ;), pokroić w kostkę.

Marchew oczyścić i podzielić na plasterki.

Wrzucić wszystko do garnka na łyżkę masła. Dusić.

Potem delikatnie podlać woda i dalej trzymać na ogniu aż wszystko będzie mięciutkie.

Następnie podbić wodą z mąką, doprawić solą, szczyptą cukru i pieprzem

I pozostaje tylko jedno: jeść.

Smacznego!

Mniamniuśkie żarełko z własnych plonów!

wtorek, 30 lipca 2013

... mężczyźnie...

Oj, Boże, gdybym wczoraj nie pojechała do mieszkania, to dziś pewnie spaliłabym się ze wstydu!

Kiedy Pan wrócił z niego na moje pytanie, czy wszystko wygląda jako tako, odparł:

- No pewnie, nawet podłogi przetarłem mopem. Świadkiem pan J.

Ucieszyłam się. Ale ponieważ wiedziałam, że koło budynku zostawione zostało jeszcze kilka rzeczy pojechałam po nie i przy okazji zaglądnęłam na górę.

O, matko!

Zabrałam się za sprzątanie, zamiatanie i mycie.

Zajęło mi to tylko 3 godziny z okładem.

Ostatnia część robót, czyli porządkowanie klatki schodowej,  od poczatku zaczęło przebiegać z przygodami.

Najpierw walnęłam się łokciem we framugę otwartego okna, potem potknęłam się o wiadro z wodą a na koniec, w trakcie zamiatania zaatakował mnie olbrzymi, buczący, lecący jak meserszmit stwór.

Pomyślałam: szerszeń!

Byłam w stanie jedynie schować głowę w ramiona i ile sił w nogach uciekałam na zewnątrz.

Zgasiłam światło na klatce, zapaliłam na dole przy wejściu i łudziłam się, że to bydle wyleci jak zobaczy jasność. Licząc na to, poszłam wyrzucić śmieci do kontenera. Po powrocie wsadziłam łepetynę do środka i nastawiłam radary uszne: cisza! Dumna z siebie i ze swego sprytu zabrałam się  (z pewną jednak obawą i dlatego od dołu) do zamiatania. Oczy latały mi dookoła, ale nie tylko słychać, widać też nic nie było.

I  dopiero gdy na samej górze na balustradzie położyłam rękę z jej pobliża wystrzelił gigant.

Jeszcze chyba nigdy w życiu nie byłam tak szybko na dole! ;)

To był koniec robót!

Dziś, kiedy z komisją wchodziłam na górę, szłam ostatnia!

I sprawiedliwości stało się zadość: to bydlę utopiło się we wiadrze z wodą!

Tylko, ze to nie był szerszeń...tylko ogromniasty bąk polny, jak stwierdziła pani z komisji.

...

Mieszkanie oddałam.

I na koniec dodam: to była 5. przeprowadzka w mym życiu i mam nadzieję, ze ostania za jego trwania.

Ta kolejna niech odbędzie się już bez mojego czynnego udziału.

Howgh!

15:15, malka19 , Dom
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 29 lipca 2013

... na swoim.

Przeprowadzka kosztowała nas mnóstwo sił i nerwów. W domku jeszcze nie wszystko na swoim miejscu. Kuchnia nadal w rozsypce, tzn. meble czekają na gościa, który ma z nich coś porobić i zawiesić na ścianach. Niestety, nie stać mnie było na nowe, więc muszę korzystać z tych, które już mają ponad 8 lat. Ale jeszcze najgorsze nie są.

Wymyśliłam nowe słowo ;) na określenie tego, co sie tu u nas działo przez pierwsze dni po przeprowadzce. Bandżaj! nie mam pojęcia skąd mi się to wzięło, ale co śmieszniejsze wiele osób, które w ostatnim czasie miały z nami kontakt, zaczęło go używać. Tak że proszę państwa, "bogacę" ;) język.

W minioną sobotę zaprosiłam do nas moich ulubionych poprzednich sąsiadów. Należało pokropić chałupkę, czyli oblać, i okazało się, że nigdzie nie ma kieliszków! No bandżaj na całej linii. Dobrze, że Młody wyszukał swój prezent z 18- tki, bo inaczej goście musieliby pić toast ze szklanek. ;)

W ogóle wiele rzeczy w domu się poukrywało. Mam nadzieję, że z czasem się odnajdą.

Na dziś kończę. Właśnie Pan zajechał a ja jeszcze muszę udać się na poprzednie miejsce zamieszkania i zobaczyć, czy wszystko ok, bo jutro zdaję mieszkanie.

19:04, malka19 , Dom
Link Komentarze (4) »
wtorek, 09 lipca 2013

Obiecuję, ze wrócę!

Na razie mam mnóstwo roboty i niestety problemy z internetem.

Robota związana z zamykaniem spraw w obecnym jeszcze przez kilka dni miejscem zamieszkania i z przeprowadzką.

Necik mi sie zbył, bo musiałam rozwiązać umowę z TP Orange. I okazało się, że w nowym miejscu nie mam co liczyć na przyłącz... Tak więc dupa zbita! Będę w sieci z doskoku..

Ale będę.

I tak jeszcze a' propos przeprowadzki...

Czy zdajcie sobie sprawę jak obrośliście w nikomu niepotrzebne rzeczy?

Ja już sobie zdałam!

12:07, malka19 , Dom
Link Komentarze (2) »
sobota, 04 maja 2013

... potwierdzająca, że jest jakiś sens w pracy nauczyciela.

Moja matula, była belferka, mówiła, że zawód związany ze szkolnictwem, to zawód rzadko dający satysfakcję, a poza tym w oczach podopiecznych przeważnie kojarzący się nie najlepiej, stad młodzi po opuszczeniu murów szkoły zostają dotknięci palcem niepamięci... odnośnie dotychczas ich uczących.;D

Sama nie raz doświadczyłam tego, jak idiotycznie potrafią zachowywać się uczniowie, zwłaszcza dziewczynki, przez pierwszy rok po zakończeniu szkoły. Ktoś albo coś zakłada im wtedy okulary niewidki niepozwalające dostrzec znane im bardzo dobrze osoby. Bardzo mnie to bawiło i bawi ciągle,  jeśli się zdarzy... To im mija przeważnie po roku.

Ostatnio jadąc samochodem dostrzegłam ucznia, z którym naprawdę lubiłam się ścinać na lekcjach, jak zauważywszy mnie próbował w najbliższej sobie przestrzeni, oczywiście odwracając głowę w innym kierunku, niż ja się znajdowałam, dostrzec COŚ!

Nie sądźcie, proszę, że tego typu sytuacje spędzają mi sen z oczu. Ja to odbieram jak gdyby odcięcie pępowiny. Tak powinno być, że potem zaczyna być w Ich Życiu ktoś nowy...

No, a teraz wreszcie dochodzę do sedna...

Cofnę się teraz dwa dni wstecz. Jesteśmy przy naszym domku, ja w skrócie mówię na budowie (choć dom już chwilę stoi). Na grządkach wsadzam to, co jeszcze postanowiłam przenieść z otoczenia obecnego miejsca zamieszkania. Dzwoni Młody, który został w domu, bo miał iść na trening:

- Mama, słuchaj! Był jakiś gościu do ciebie.

- Do mnie? I co mówił

- Pytał się, czy jesteś, więc musi cię znać ,takie odebrałem wrażenie.

- A jak wyglądał?

- Jezu! Nie wiem!

Norma, pomyślałam.

- Młody czy stary?

- Tak mi się wydaje, że w twoim wieku.

Hmmm,  przez moją głowę zaczęły przelatywać twarze znanych mi osób, które mogłyby się bez zapowiedzi zjawić na progu mojego mieszkania... Trafiłam tylko w jedną osobę... a syn nawijał dalej:

- Wiesz, taki normalny, czarny, ale z siwymi włosami. Powiedziałem mu, że na pewno będziesz wieczorem w domu. On mówił, że już raz  był...

- Ok.

No i na tym zakończyłam, bo doszłam do wniosku, że drogą dedukcji trafiłam we właściwą osobę. Jakby co, to oddzwonię.  I spokojnie dziabałam sobie w ziemi dalej...

Było koło 20., gdy Młody znów zadzwonił:

- Matula., ten gościu jest. Dam ci go do telefonu.

...

- Dzień dobry, profesorko! Ale jesteś nieuchwytna! Nie można cię w domu zastać.

... pustka w głowie...

...kto to taki?

Nie kojarzę głosu kompletnie. Komputer w głowie pracuje na pełnych obrotach.

- No tak, ładna pogoda i chcemy ją wykorzystać... Przesadzam na nowe miejsce...

- Czy ja się dobrze dodzwoniłem? Na pewno do Malki a nie do XXX, hehehehe? Bo taki dziwny sposób mówienia...

Tu wyjaśniam, że XXX to osoba, która przez wiele lat, gdy pracowała w naszej szkole, była chyba najbardziej nielubianą przez uczniów z naszego grona, przyczyn czego w żaden sposób nie mogłam zrozumieć.

- Nieee, to ja, Malka!

...

- A kojarzysz profesorko, kto dzwoni?

- No właśnie nie bardzo, przepraszam... - oj, nie lubię tego typu sytuacji, nie lubię.

- A taki debilowaty uczeń sprzed ponad 20 lat...

Trybiki przyśpieszyły. Znam ten głos... znam to złośliwe spojrzenie na siebie...YYY?! Ale...

- YYY?!? ... To ty?!? - potrzebowałam upewnienia.

Jednocześnie trzewia moje zatrzęsły się przez chwilę na przypomnienie sobie słów Młodego: "w twoim wieku". Hehehe!

- No tak, jestem znów w Polsce.

- Jejkuś, jak się cieszę! Bardzo cię przepraszam za moje zachowanie i za to, że nie ma mnie w domu. Słuchaj, czy możemy umówić się na jutro? Na przykład koło 4. po południu? Wtedy na pewno będę w domu!

I tak się stało.

Spotkanie z uczniem, który mimo upływu tylu lat pamięta i z którym gada się tak, jakby nie było tego upływu czasu a jednocześnie z kimś, ko jest tym samym człowiekiem, ale i nie tym samym, bo dużo mądrzejszym, świetnie prosperującym a jednocześnie mocno stąpającym po ziemi i nie noszącym nosa w chmurach, to jest to, co cieszy...

Naprawdę!

niedziela, 21 kwietnia 2013

... z lekarzami...

Jesteśmy już z Pablem po operacji. Usunięcie woreczka żółciowego miało odbyć się laparoskopowo. Miało...

Przez 2,5 godziny staliśmy, chodziliśmy, siedzieliśmy i od nowa wykonywaliśmy te same czynności, kiedy 16.04 czekaliśmy pod salą operacyjną, z której siostry miały wywieźć Pabla po około godzinie. Najczarniejsze myśli w takie chwili przychodzą do głowy, bo się nie wie, co się dzieje. Co chwila kogoś tam wwożą, potem go wywożą, wchodzą pielęgniarki, kolejni lekarze... A my ciągle czekamy... Wreszcie wychodzi lekarz i mówi, że niestety nie udało się wykonać operacji zgodnie z planem i trzeba była syna ciąć... I że to wszystko przez to, że wcześniej miał stan zapalny, porobiły się zrosty, woreczek stał się martwiczny... Wydaje mi się, że mówił też coś o pęcherzyku, ale nie pamiętam dokładnie co, coś tak mi miga, ze chyba nie usunięty?, ale on ma nadzieję, że żółć już znalazła sobie drogę? Nie jestem pewna.

Od piątku jesteśmy już w domu. Noc spokojna, przespana, pozwoliła mi się w miarę uspokoić.

Ale nie na długo.

Byłam na zakupach w sobotę, kiedy Pan spanikowany zadzwonił z informacją, że z rany coś się sączy. Szybko wróciłam i zaczęłam oglądać. Faktycznie, wyglądało, że między 4 a 5 szwem sączy się jakaś wydzielina (wszystkich szwów 15, plus 2 oddzielne, po nieudanej laparoskopii). Opatrzyłam i zadzwoniłam do  szpitala, pytając co robić. Pielęgniarka powiedział, żeby do tego podejść spokojnie... ok..pomyślałam, spróbuję.

Ale dziś sączy się już w trzech miejscach! I jak tu mam być spokojna? 

Pablo jest radosny i nie ma temperatury, i to mnie jeszcze trzyma w kupie i na miejscu w domu. Postanowiliśmy z Panem, że będziemy kilkakrotnie w ciągu dnia zaglądać pod opatrunek i w razie potrzeby zmieniać go, i obserwować ranę... A jak coś nas zacznie jeszcze mocniej niepokoić, to jedziemy do szpitala.

Tylko Pablo siedzi teraz w mojej głowie, wszystko inne zeszło na plan dalszy...

10:17, malka19 , Dom
Link Komentarze (3) »
piątek, 29 marca 2013

... to umieć znaleźć plusy w każdej sytuacji, prawda?

Wiosenna aura;P

- No tak, oczywiście, tylko tego mi właśnie było potrzeba!  - Młody  z sarkazmem  podsumował widok za oknem, kiedy skoro świt, czyli koło 10:00, opuścił wyrko.

Chwiiiiilę postał przy oknie, podumał (brzydko) na głos nad dojazdem do pracy i z pracy...

...

A na koniec podsumował:

- Przynajmniej jedne święta w roku będą białe!

:D

czwartek, 28 marca 2013

...więc i  u mnie na blogu pustki..., tzn. brak wpisów.

To przez tę zimę!

Gdyby ona wcześniej odeszła, to pewnie przybyłoby postów. :)

A tak naprawdę, to nie miałam ochoty się tu udzielać. Dopadły nas różne problemy i one zajęły moje myśli.

Przede wszystkim problemy z Pabla zdrowiem. Od połowy lutego do ostatniego poniedziałku nie miałam ani jednej normalnie przespanej nocy. Byliśmy dwukrotnie  po kilka dni w szpitalu, Pablo przeszedł dwa zabiegi w pełnym uśpieniu. Wykończyło mnie to psychicznie. Nerwy, strach i brak możliwości wpływu na pomoc dziecku, to straszne... Czeka nas jeszcze jeden pobyt w szpitalu, w połowie kwietnia i jeszcze jedna operacja...

Budowa domu powoli dobiega kresu... Środek nabrał właściwego wyglądu. Zostały jeszcze do zlikwidowania niedoróbki wewnątrz i na zewnątrz, poprawienie dojazdu i właściwie można by się powoli przenosić... tylko okazało się, że się przeliczyłam z forsą i teraz główkuję, skąd ją wziąć lub z czego zrezygnować, czy też co mogę przesunąć na potem...

Jak więc widać moja głowa ma konkretne zajęcia. :) Wykonuje to, do czego została przez stwórcę stworzona - myśli. Jak uda mi się wszystko właściwie rozwiązać, to powiem, że noszę ją nie od parady. ;)

Na dziś tyle. Wystarczy.

A poważnie, to nie mam czasu na więcej, muszę się ogarnąć (jak to mówią dzieciaki w szkole), pomalować facjatę (by ludzi nie straszyć) i udać się pobliskiego miasta na zakupy do sklepu elektrycznego po brakujące (lwia część już jest zamontowana) gniazdka, ramki, włączniki i inne tego typu pierdółki, za które jak za pierdółki się, niestety, nie płaci.

17:10

Wiecie ile kosztuje jedno gniazdko telewizyjne? 50zł!!!!

Tyleż samo komputerowe...

Nie ma się więc co dziwić, że rachunek za brakujące pierdółki wyniósł 525,81zł...

Załamka!

07:59, malka19 , Dom
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 61