Ostatnie wpisy
Zakładki:
By się rozerwać
Dla ciała i ducha
Moje fotki
Przydatne
Tu zaglądam
W kuchni
|
poniedziałek, 15 marca 2010
W domu spokój. W szkole... hmmm... ...mamy rekolekcje. (Mój poprzedni wpis też o tym...) Odprowadziłam dzieciaki do kościoła. I wróciłam do szkoły. Nie będę żandarmem w kościele... Mam na ten temat swoje zdanie, zgoła odmienne od niektórych. Wychowanie dzieci w wierze to sprawa rodziców. I kropka. Ja nie mam żadnego prawa w tej materii. (Nie jesteśmy państwem wyznaniowym.) I tak ma być. To nie moja brocha...
środa, 10 marca 2010
Raz wesoło, raz strasznie... Ostatni tydzień obfituje w to ostatnie. Atmosfera w szkole, dokładnie w pokoju nauczycielskim, jak przed straszliwą burzą... Zasługa kilku osób... Szczególnie jednej, której się ubzdrało, że może rozkazywać nauczycielom a dyrektorowi nakazywać... Chore... A wystarczyło poprosić... Słówko: proszę - potrafi cuda zdziałać. Nie mogę zrozumieć, dlaczego niektórym tak ciężko jest się przełamać i użyć tego słowa... Ale ja nie o tym chciałam... Nie o dorosłych... Bo w szkole najważniejsze są przecież dzieciaki. I dzięki nim szkoła bywa wesoła. Czasami człek naprawdę śmieje się od ucha do ucha. Czasem, co prawda, z lekkim skrzywieniem ust... Ale jednak się śmieje! Poprawiam ci ja sobie w domeczku (w ramach 40 godzin pracy ;D) prace mojej klasy... Pisali taki malusi, tyci tyci sprawdzianik, gdzie mieli się wykazać znajomością lektury. Dokładnie to na tapecie była "Ania z Zielonego Wzgórza". Czytam więc sobie spokojnie, od czasu do czasu coś maznę czerwonym długopisem, podliczam punkty, z góry cieszę się, że bedę mogła wpisać dużo dobrych ocen. W pewnym momencie w oczy pada mi odpowiedź na polecenie: Ania miała szczególną umiejetność stwarzania sobie problemów. Wymień trzy takie sytuacje (inne niż we wcześniejszych zadaniach). Uczeń napisał: (Ania) płynęła łodzią i zaczęła przemakać ;D Gęba rozjechała mi się od ucha do ucha. U ucznia z klasy piątej takie wpisy śmieszą. Inaczej odbierałabym to, gdyby autorem był prawie absolwent gimnazjum. Wtedy bym się wściekała. Dziś natomiast zauważyłam w zeszycie wychowanka taki wpis: utka. No i cóż on miał na myśli? Wcale nie nogi kurczaka. Ani czynności pająka. Nie, to był zapis słowa łódka. (Swego czasu "miał" uszko i to nie było zdrobnienie od ucha...) Radosna twórczość! Muszę poprzeglądać jeszcze raz w wolnej chwili sprawdziany i klasówki. Powyciągam wszelkie śmieszne zapisy i tu sobie dla pamięci umieszczę, Szkoda by było, gdyby miały zostać zapomniane.
niedziela, 07 marca 2010
..który za mną. Kupa czasu spędzona w kuchni. Piekłam i piekłam, pichciłam, gotowałam... A wszystko to dlatego, że Młody w miniony wtorek, tj. 2 marca, stał się człekiem dorosły. Stuknęła mu osiemnastka! Musiałam mu do szkoły upiec dwa torty, w domu mieć też coś, czyli do wtorku machnęłam trzy plaki. Środa i czwartek przebiegła spokojnie... Za to w piątek miałam już mocno pracować przy garach, takie były plany, bo goście mieli się zjawić w sobotę a druga partia w niedzielę. Okazało się, że jeszcze jeden gość do nas zawita. W piątek rano zadzwonił i umówiliśmy się , że w ten sam dzień się zjawi. Tym gościem znajomy ksiądz, który już od 5 lat jest w Kazachstanie, obecnie w Uralsku. Głupio mi było przy nim zapylać w kuchni, zostawiłam sobie wszystko na sobotę, po jego odjeździe. Latałam tak, jakby mi kto do kupra przytroczył skrzydełka z tysiaca koliberków. ;D Ale zdążyłam! Tylko jak juz goście pojechali, to okazało się, ze mam problemik i to dość poważny, z plecami... Myślałam, że się porobię z bólu, zacznę walić sobą w ścianę albo jeszcze co innego... Znów mnie to nawiedziło. A tak się pilnowałam, żeby mnie nie zawiało! Ani zeżarte tabletki przeciwbólowe, ani maść, którą mi Młody wtarł, nie pomagały. Zadzwoniłam po Pana, który na chwilę skoczył do swej maci, żeby jak najszybciej się zjawił w domu, bo mi jest konieczny w chałupie. Po 10 minutach był. Wiedział, jak się czuję. Zabrał się za mnie. Slkutecznie. Po dwóch razach ból minął. Tylko dziś mam na plecach siniaka po tych jego masażach... ;D Dziś był ciąg dalszy gości i pichcenia... I na tym na pewien czas mam nadzieję, zakończę. Lubię piec i gotować, ale co za dużo, to ...za dużo! ;D Do świąt przynajmniej kuchnię chcę ogladać góra 20 minut dziennie...
niedziela, 28 lutego 2010
...kiedyś się kończy. Niestety... I dlatego od jutra znów do pracy. Odpocząć, odpoczęłam. Czy całkiem do normalności wróciłam, to się okaże w ciągu dwóch pierwszych dni. Jeżeli będę potrafiła spokojnie reagować na wszelakie durne pomysły, to znaczy, że tak: ferie mi dobrze zrobiły. Jesli zaś od razu zareaguję pyskiem, to znak, że potrzeba mi co najmniej dawa razy tyle wolnego. ;D Tak więc, dzieciaczki, od jutra znów się widzimy i męczymy. Hura...
sobota, 20 lutego 2010
środa, 17 lutego 2010
Jak lubiłam zimę, tak jej teraz nie znoszę. I co z tego, że dzięki niej niezwyłe zjawiska możemy podziwiać? I co z tego, że świat wygląda tak pięknie i niewinnie? Co mi z tego, jeśli mi do chałupy kapie woda?!? Przemaka, przecieka mi dach. Na klatce schodowej oprócz sufitu- 3 ściany mokre, w pokoju młodego - ściana od klatki. Zacieki maskaryczne. A przy tym lekko rdzawe. Malowanie nas czeka jak nic! Wczoraj i przedwczoraj niewiele dało się z zalegającym dach śniegiem zrobić. Ja nie wyjdę, bo się boję, Młody ma lęk wysokości (a nawet gdyby nie miał, to i ta bym go nie puściła) a Pan był w pracy. Gdyby to było ciut niżej i gdyby wyjście jakieś normalne było, a nie żelazna drabina przytoczona do ściany od sali gimnastycznej, chwiejąca się jak diabli, to pewnie już wczoraj nie wytrzymałabym i się na górze znalazła. Ale z drugiej strony, dlaczego mam ryzykować? To nie jest MÓJ dach. Ja jestem najemcą. Właściciel (nie napiszę, że to gmina ;D, lepiej nie: licho nie śpi) a dokładnie nią zarządzający, dowiedziawszy się, że ten problem dotyczy wielu szkół, zabronił zatrudniać gości od czyszczenia dachu, kazał dzwonić po straż pożarną (a może naiwnie wierzył, że problem sam się rozwiąże?). Dziś przyjechali chłopcy (dosłownie! niektórzy dopiero co skończyli gimnazjum!) z ochotniczej straży pożarnej. Wyszli na górę, kuli nawarstwiony lód i zrzucali go na dół. Podziwiam ich. Myślę, że dzięki nim problem zostanie rozwiązany, i u mnie, i przede wszystkim w szkole, bo tam ciekło w kilku klasach.
Na zakończenie tego krótkiego wpisu wrzucę fotę przedstawiającą moją firankę sprzed kilku godzin. Te sople wygladają na małe. Ale to tylko przekłamanie aparatu. Niektóre miały grubo ponad metr długości.
poniedziałek, 15 lutego 2010
Jeszcze kilka dni a bicepsy bedę miała nie gorsze niż Pudzian! Od soboty zapierdzielam przy śniegu. Macham łopatą w prawo i w lewo. W pierwszy dzien ferii okazało się, ze nie poleżę sobie zbyt długo: w szkole przez sufit ciekła sobie woda. Kilka osób wlazło na dach i dawaj zrzucać śnieg. Na moją stronę... Maskara! Na trzy zmiany (Pan, Młody i ja) futrowaliśmy łopatami. Udało się, można było przejść normalnie, nie zaczepiając dupskiem o kawałki lodu. Ale w niedzielę czekała nas niespodzinka! Śniegu nawaliło tyle samo, co dzień wcześniej trzeba było przerzucać, a może i więcej. Najpierw przez dwie godziny z łopatą tańczył Młody, potem mnie się ona dostała w spadku. Kiedy poczułam, że ręcami (:D) bez skłonu dotykam zmarzniętej ziemi, stwierdziłam, że mam dość. Resztę zostawiłam Panu, który po powrocie z pracy miał zająć się resztą. Dziś robota od początku. Bogu niech będą dzięki, że ciut mniej niż przez ostatnie dni. Trochę się obawiałam, że gość zamówiony do zrzucania śniegu ze szkoły, znów mnie nim obdaruje, ale nie, zrzucał na drugą stronę. W każdym bądź razie, sądzę, że gdybym miała ubrać bluzkę z obcisłymi rękawami, to skończyłoby się to źle. Dla rękawów, oczywiście.
czwartek, 11 lutego 2010
Śpiewam na melodię "Wakacje! Znów będą wakacje!" Tak, nastał mi już ten piękny czas. Teoretycznie zaczynają mi się dopiero od poniedziałku, ale ja mogę się cieszyć już dziś, bo na jutro już nie muszę się do lekcji przygotowywać - jedziemy do kina na "Avatara". Humorek mam więc zajerzysty, micha rozciągnięta od ucha do ucha. To nic, że przy tej minie wargi jeszcze mocniej bolą a i opuszki nosa pieką jakby mocniej. Gęba moja w środkowej swej części powoli upodabnia się kolorytem do karnacji Indianina oblanego wrzątkiem. Przed chwilą w łazience zauważyłam, że mi kinol zaczyna się łuszczyć. Ale to nic... że wyglądam jak nie wiem co ... Ważne, że przez dwa prawie tygodnie nie muszę... no własnie: nic nie muszę! Hehehe! I będę robić to, co będę chciała (i na co mi zdrówko pozwoli - ten przypisek jest konieczny: nie udało mi się jeszcze przeziębienia całkiem zliwidować). Niesamowita przyjemność: móc! w pełni decydować o swoim czasie. Ile będę chciała, tyle będę spała!. Będę robiła coś, jak będę chciała! I będę się byczyła. Psychicznie. Zresetuję sobie mózg i wrócę do normalności. Feeeerieeeee! I znóóóów są feeeerie!
niedziela, 07 lutego 2010
Dziś jechałam pierwszy raz od środy. Z duszą na ramieniu. Ale dojechałam i nic się złego nie stało. Będę wiec jeździc. Choć na pewno po każdej jeździe bardzo mnie bedzie bolała głowa a szczególnie chyba szyja, bo przecież głowa nie jest na resorach i na rurze obrotowej. Jak się znam, wszędzie teraz będę wypatrywała zagrożenia. Z dodatkowych informacji jedna, choc pewnie mało ważna: smarkam. (Dzieciaczki! Nie cieszcie się na zapas! ;D) Bierze mnie coś czy co? Łatwo się choróbsku żadnemu nie dam. Zabawię się w Sztautyngera i powtórzę, co mówię w takiej sytuacji: Kiedy bierze mnie choróbsko, Ja mu krótko: Całuj w dupsko! Dotychczas działało, mam więc nadzieję, że i tym razem bedzie taka sama rekacja. A tak w ogóle to jeszcze tylko tydzień i mam luzik... Będą ferie! Juz niedługo... Jest na co czekać!
środa, 03 lutego 2010
Wpadłam w poślizg. Na A2. Droga w miarę czysta, nie jechałam szybko, bo mnie wcześniej Pan ostrzegał, że na tym fragmencie drogi wcześniej leżały gałęzie... Nagle wjechałam na nawiany śnieg. Zarzuciło mną. Kierownica sobie a samochód sobie...Jechałam na pas przeciwległy, na samochód osobowy i ciężarowy. Kręciłam kierownicą, mną kręciło po szosie... Nie wiem, jakim cudem udało mi się wjechać w zaspę na poboczu. Wiem, że w tych sekundach przeleciała mi przez głowę błagalna myśl: "Nie w ciężarówkę, w rów, w płot, ale nie w ciężarówkę!". Udało się. Żyję. I Bogu niech bedą dzięki za to, bo na pewno tego cudu nie zawdzięczam swym umiejętnościom. Ja naprawdę nie wiem, jak mi się udało z tego wyjść cało...
wtorek, 02 lutego 2010
Byłam dziś poza domem od 8:00 do 18:00. Najpierw szkoła a potem pieprzone, idotyczne szkolenie BHP. Po jaką cholerę musimy siedziec i słuchac co 5 lat pierdół, prawie tych samych? Szlag mnie trafia! Próbuję znależć sobie w trakcie tych niby szkoleń jakąs rozrywkę, żebym nie zaczęła głośno krzyczeć, że mam to wszystko w d... i tam mnie tez mogą pocałować. Poprzednim razem liczyłam gościowi prowadzacemu powiedzonka: "na dzien dzisiejszy". Dziś najpierw poprzyglądałam sie pierwszej pani prowadzącej, próbujac wysondowac, czemu ona tak dziwnie artykułuje, a potem znalazłam sobie ciekawszą rozrywkę :D: dokuczanie koledze siedzącemu wis'a vis. Na czym ono polegało, do konca nie zdradzę. Powiem tylko, że w ruchu byłu łyżeczki do herbaty, etiu na okulary, długopis... i kruche ciasteczka, które na pewno o sobie dadzą znać... Jednym słowem zachowywałam się tak, jak pewnie zachowują się uczniowie na wyjatkowo nudnych zajęciach. Tak mi minął czas od 13:00 do 15:00. Potem była krótka przerwa i zjawiła sie pani, pono pielęgniarka, która przez godzinę pitoliła o numerach 999, 112 (no tak, do debili gadała!)oraz o straszliwych problemach służby zdrowia a takze o karetkach, wystepujacych obecnie w kilku rodzajach. To zniosłam, ale... Nie interesuje mnie na takim szkoleniu, że one będę protestować, bo rząd coś im tam nie... ! Około 16:30 zjawił się następny prowadzący o tak rześkim głosiku, jak sławetny pacjent flegmatyk... Na poczatku nie udało mu się przedrzeć przez szum... Cholera jasna! Czy ci, którzy mieli już wczesniej takie szkolenia, musza po raz kolejny wysłuchiwać to samo? Czy nie mozna by dla weteranów wprowadzic szkolenia, gdzie podawano by tylko zmiany? Bo to byłoby normalne! A tak to wróciłam do domu padnięta, znuzona, wypompowana wsychicznie pracą nad niezaśnięciem.... Więc sprawdzianów na pewno na jutro nie poprawię a i moje przygotowanie do lekcji bedzie po łebkach. Cholera jasna! My nauczyciele to mamy klawe życie.... Ta... Tylko czemu jestem tak zmęczona...?
niedziela, 31 stycznia 2010
sobota, 30 stycznia 2010
Wczoraj o mało nie zaryłam nosem na całkiem płaskiej powierzchni. Dziś, idąc do sklepu, zaryłam w śniegu. Dobrze, że to juz ciemno było i nikt tego nie widział. Na pewno komicznie wygladałam... Mnie to nie śmieszyło, tym bardziej, że podparłam sie rękami a w nich mam chyba jeszcze z kilkadziesiąt malusich igiełek z kaktusów. Bo rozbierałam choinkę... potknęłam się i poleciałam na okno, na którym one stały. Nic więcej chyba mówić nie muszę ... Nerwa mnie złapała (to nie pierwszy raz się na nie nadziewam!) i zadecydowałam, że pierony, przynajmniej częściowo, unicestwiam. Zaczęłam działać. Pan widząc mnie w akcji zabrał się za pomaganie... Efekt: pół godziny spędziłam potem przy oknie z lupą w jednej ręce a pincetą w drugiej, próbując łapki Pana doprowadzić do stanu normalnego. Jemu w miarę udało się łapska oczyścić... Sobie trochę zostawiłam... Nie dlatego, że mi było ciężko się z nimi rozstawać... Tylko dlatego, że ich nie widziałam a nie miałam już więcej siły w szczękach, żeby utrzymać lupę.... (to nie takie proste trzymać lupę zębami , szukac na łapkach malusich igiełek i wyrywać je pincetą, która nie moze ich załapać). Pan nie pomagał, bo był juz poza domem, kiedy zabrałam się za siebie... Pod koniec tej straszliwej walki stwierdziłam, że wolę być z igłami niz bez zębów... Ale ja nie o tym chciałam... Ja chciałam tylko rzec, że chcę wolnego, dłuższego ... najlepiej już feriii. Naprawdę padam na pysk. Potwierdzenie powyżej... A tu jeszcze dwa tygodnie...
czwartek, 21 stycznia 2010
| |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||