Ostatnie wpisy
Zakładki:
By się rozerwać
Dla ciała i ducha
Moje
Przydatne
Tu zaglądam
W kuchni
|
sobota, 28 stycznia 2012
Za chwilę (raczej dłuższą) postaram się doprowadzić tu wszystko do porzadku. Coś mi się stało z CSS-em i blog zaczął się rozłazić. Nie samam ci to sknociła. Wrzuciłam poprzedni wpis rano i po nim, jakby piorun strzelił... Usunęłam więc wpis, mając nadzieję, że jeśli on jest sprawcą, to wszystko wróci do normy. Nie wróciło. Nie mam na razie siły grzebać w CSS-ie, więc taka skórka przez jakiś czas będzie. A może będzie inna? Może to góra dała mi sygnał, że czas na zmiany? Się zobaczy.
... i tradycyjnie zaczynam je chorobą. Nie przeszło mi bowiem i obawiam się, że w poniedziałek trzeba będzie znów udać się do wracza i prosić o osłuchanie i przepisanie odpowiednich specyfików. Ostatnie dni w szkole bardzo nerwowe. Szczególnie wczorajszy dzień dał mi w kość. Narozrabiały dwie moje dziewczyny z koleżanką z sąsiedniej klasy. Wezwałam rodziców. Trzeba było doprowadzić do takiej sytuacji, by dziewczyny przyznały się do winy a rodzice mieli świadomość, że muszą im mocno przykrócić cugli. Przy tej sytuacji poprztykałam się z kolegą z pracy... Miał do mnie pretensje, że zadzwoniłam sama do rodziców jego wychowanki, nie czekając na niego. Trochę racji miał. Przeprosiłam. Ale wyjaśniłam, że stało się tak, bo ostatnią sprawę wychowawczą nie załatwił tak jak potrzeba i ja musiałam zbierać tego owoce, i sprawę za niego kończyć. Byłam więc pewna, że i tym razem będzie uważał, że sprawa jest błaha... Niby wszystko zostało wyjaśnione, ale osad został. Mam nadzieję, że te dwa tygodnie odpoczynku od szkoły pozwolą emocjom opaść.
wtorek, 24 stycznia 2012
niedziela, 22 stycznia 2012
... kaszlę, świstam, płuca mam prawie na wierzchu a tam dalej coś siedzi i przeszkadza normalnie oddychać. Od piątku próbuję doprowadzić się do normalnego stanu. Siedzę w domu na d...e, wygrzewam się, piję herbatki różnej maści, w dużej ilości z miodem spadziowym, by wsio mi się tam w środku wyrozrzedzało i co jakiś czas urządzam koncert... Większej poprawy nie ma... Pan przypomniał mi, jak w święta mówiła do mnie Mimi , gdy pokasływałam: - Ciocia chyrlołek! Ciocia chyrlołek! Tylko że wtedy to mi nic nie było a Mimi tak do mnie się zwracała w formie rewanżu, bo ja się z niej nabijałam, gdy kaszlała: - Mimi chyrlołek! No ale teraz jestem tym chyrlołkiem i to konkretnym... ... i to właśnie wtedy, kiedy nie mam czasu!!! Jutro konferencja, we wtorek kolęda (tak księżulek mówił mi w szkole; czy coś mu się odmieniło, nie wiem), w środę wywiadówka a po niej cerberowanie na disco... Nie ma szans na słabowanie...
poniedziałek, 16 stycznia 2012
Baba dziś zadzwoniła i powiedziała, ze mapa już jest. Na moje pytanie, kiedy papiery będą złożone w starostwie usłyszałam: - No, żeby to wszystko skompletować potrzebuję jeszcze dwa tygodnie... Wrrrrr! W starostwie maja ponad 60 dni na ustosunkowanie się. Wrrrr! Czas, czas, czas! - No to trzeba będzie chodzić i prosić... Torba jedna! Że też na taką musiałam trafić... Wrrrr.... Ale dobrze, że coś się rusza...
niedziela, 15 stycznia 2012
... nie ma. Większa część wczorajszego dnia została przeze mnie poświęcona na wyszukiwanie klamek, żyrandoli, włączników, gniazdek, mebli, bibelotów do domu, którego jeszcze nie ma w rzeczywistości. Na razie jest w mojej głowie. I mam nadzieję, że zacznie wznosić się w realu już w kwietniu. W ostatnim wpisie napisałam, że robię wszystko, by nie wpaść czarną dziurę bezsilności, z której nie jest łatwo się wydostać. Szczególnie boję się obecnie wściekłości z bezsilności. A już prawie złapała mnie w czwartek. Zadzwoniłam do mojej pani architekt z pytaniem, jak tam moje sprawy (ona podjęła się załatwiania wszystkich papierów na budowę, mnie nic nie miało obchodzić, miałam jej jedynie dostarczać dokumenty, jakie by przyszły z gminy lub starostwa: ma to mnie kosztować koło 6 tys.). Ostatni raz byłam u niej w połowie grudnia i wtedy zawiozłam jej 4 egzemplarze projektu i odręcznie na kopii wyrysowane zmiany, które należy nanieść na oryginał przed oddaniem do właściwego urzędu. - A co z mapą do celów projektowych? - zapytała. Więc jej przypomniałam, że zamówiła ją w październiku i wyraziłam zdziwienie, że jej jeszcze nie ma. - To może ja pójdę i zapytam, co się dzieje? - zasugerowałam. Mapę tworzono piętro wyżej w tym samym budynku. - Nie, nie, nie będę pani goniła z tą nogę. Sama pójdę. Ok, przyjęłam do wiadomości. Kiedy więc w czwartek zadzwoniłam, miałam nadzieję, że papiery są już w starostwie. Dzwoniłam do niej tylko po to, żeby się upewnić, że tak jest. Bo prosiłam znajomego o próbę sprawdzenia, czy nie dałoby się jakoś oczekiwania na decyzję przyśpieszyć. - Właśnie o pani myślałam. - usłyszałam od niej, jak się przedstawiłam. Wyjawiłam cel mojego telefonu. - No nie mam jeszcze mapy do celów projektowych. O mało mnie szlag nie trafił! - To znaczy, że papiery nie są jeszcze złożone?!? - No nie, nie mam mapy. - No, ale przecież zamówiła ja pani prawie 3 miesiące temu? - No widzi Pani... - To jak tak dalej będzie, to nie zdążymy na marzec - wpadałam w panikę.- A przecież wiedziała pani, że to ostateczny termin. - Ja już do nich idę. .... reszty nawet mi się nie chce opisywać. Od tego czasu zastanawiam się, czy ta baba nie robi mnie w konia... A co jeśli tej mapy nie zamówiła... Co wtedy??? ... i wpadam w dziurę... bezsilności z wściekłości... No bo co teraz zrobić? Zjeździć ją? To zawsze mogę, tylko co to da? Mogę zabrać papiery i szukać kogoś innego... ...tylko że czas mi się kurczy... mam go coraz mniej... ??? Żeby więc nie zwariować pozwoliłam sobie (a nawet wręcz zmusiłam) na bezładne latanie (chwilami z pianą na ustach) po internecie... z próbą zaczepienia się o coś, by na tej podstawie wracać do normalności...
sobota, 14 stycznia 2012
... sobie, choć niekiedy trudno... Nie pozwalam sobie na lenistwo, które zaczęło mnie ogarniać. Nie pozwalam na złamanie przez zmęczenie. Nie pozwalam na wypełnienie głowy nerwowym myśleniem, co zrobić jeśli... Nie pozwalam sobie na panikowanie...
I dlatego: - staram się odfajkowywać na bieżąco robotę, - po przyjściu ze szkoły, jeśli tego żąda organizm, układam się w łóżku i odpływam na tyle, ile trzeba, - złość i frustrację odkładam na bok, dając szansę osobie będącej ich przyczyną na zrobienie tego, do czego się zobowiązała, - odsuwam złe myśli, że coś nie będzie wykonane na czas (papiery na budowę) albo że stanie się coś złego... moim bliskim...
Na razie jeszcze udaje mi się zapanować nad tym wszystkim...
poniedziałek, 09 stycznia 2012
sobota, 07 stycznia 2012
... znieczuleniu :) W czwartek byłam na baletach (bez Pana). Takiej fajnej imprezce w bardzo ciekawym miejscu (żałuję, ze nie miałam aparatu, bo mogłabym tu wstawić kilka fotek obrazujących niezwykłość tego miejsca; no ale cóż... jak się ma sklerozę, to potem można tylko żałować...). Imprezka, na którą bardzo czekałam, w końcu przez 3 miesiące byłam w odstawce. Szykowałam się na nią jak nigdy. Przymierzałam ubrania i próbowałam wybrać taki strój, w którym będę się czuła atrakcyjna a przy tym bardzo wygodnie. W końcu przecież miałam siedzieć za stołem kilka dobrych godzin. ;) Po wielokrotnych zmianach stwierdziłam, że idę w tunice, nigdzie jeszcze w niej nie byłam, więc jest najbardziej akuratna. Krygowałam się przed lustrem, gdy do pokoju wszedł Pan. I mnie zgasił: - Wyglądasz w tym, jakbyś była w ciąży. Tunika jest odcinana pod biustem... Stanęłam bokiem do lustra i faktycznie wydało mi się, że wyglądam jak w ostatnim trymestrze ciąży. :) Wciągnęłam brzuch... ale to nie na wiele się zdało. Zamykając drzwi od pokoju (to eufemizm), rzuciłam: - A idź, Pan! Wściekłam się, bo znając siebie wiedziałam, że od teraz żaden strój mi nie będzie odpowiadał. W nerwach ściągnęłam bluzeczkę spod tuniki, zmieniłam biustonosz, poprawiłam ułożenie wystających w ogromnym dekolcie moich walorów i poszłam do Pana: - A teraz ktoś zwróci uwagę na mój wystający brzuch? - wypięłam się. - W tym nie pójdziesz, za duży dekolt! - A właśnie, że pójdę! - zakręciłam kuprem i wróciłam do pokoju. Nawet nie zauważył, że to ta sama tunika! Cielich! Oczywiście, że tak tylko strzeliłam, wiedziałam, ze w tym nie pójdę, bo przecież wyglądam jakbym była w ciąży!!! Wróciłam do przymierzania... Nic na mnie nie leżało jak trzeba. Zrezygnowana odłożyłam wybór stroju na dzień następny. Dzionek miałam spierdzielony. Aż mi się przestało chcieć iść na spotkanie. W dzień imprezy, czyli w czwartek, wdziałam coś tam na siebie (przecież i tak we wszystkim wyglądam do d... ), byle było wygodnie ("Przecież mam siedzieć za stołem..." - myślałam). Dołożyłam złotą bluzkę (imprezowy element, by nie wyglądało, że idę na stypę... a tak się czułam, myśląc o kilkugodzinnej nasiadówce). Ale nie siedziałam! ;) Po zażyciu (czyli wlaniu w siebie wysokoprocentowego trunku) kilku rozweselaczy (tudzież wywoływacza ułańskiej fantazji) udałam się na parkiet, by sprawdzić, czy potrafię jeszcze kręcić się w kółko. Zmusiłam moją chorą nogę, by zachowywała się w miarę normalnie. A jak jej coś nie wychodziło, to dorabialiśmy dodatkowy ruch prawą nogą. :D Rozweselacz okazał się także znieczulaczem. Nic nie bolało a parkiet był prawie mój!:D Do domu wróciłam o 3:30... w świetny nastroju, pełna mocy i wiary w siebie. Gorzej było po południu, kiedy znieczulenie zeszło... Bolały stopy od tańczenia, noga od nadmiernego wysiłku i tradycyjnie ta część mego ciała, na której normalnie siedzę. Dzisiaj też poleguję. Ale nie żałuję i nie mówię sobie, że byłam głupia. Że przesadziłam. Cieszę się, że mogłam robić to, co lubię (tańczyć uwielbiam!). Cieszę się też dlatego, że ten wieczór dał mi nadzieję, że dojdę do takiego stanu, kiedy to żaden znieczulacz nie będzie mi potrzebny, by móc szaleć po dawnemu (oczywiście po wcześniejszym zerknięciu w dowód ;D).
wtorek, 03 stycznia 2012
... głupiego. Już drugi dzień staram się doprowadzić kuchnię do porządku po wczorajszej akcji, będącej wynikiem ...nieuwagi albo bezmyślności. Gotowałam barszcz czerwony. Buraczki stały na gazie już od godziny, kiedy w ręce wzięłam butelkę z zakwasem. Do garnka wrzuciłam rosołek z kury i rosołek grzybowy. Otworzyłam butelkę i wlałam do garnka część zakwasu. Następnie z powrotem ją zamknęłam i zaczęłam rytmicznie nią potrząsać, by całość w środku równomiernie się zmieszała. Nudne to było... Podeszłam do okna i patrzyłam na zewnątrz na obejście sąsiada. Kciuk trzymałam cały czas na zakrętce. Myślami wróciłam do szkoły, przypominałam sobie co się zdarzyło na poszczególnych lekcjach. Moją uwagę zajął uczeń klasy IV, który zachowuje się niewłaściwie, nie potrafi poradzić sobie z emocjami i często reaguje agresywnie, jakby próbował wyrzucić z siebie nagromadzoną złość. Doszłam do wniosku, że chyba u niego w domu coś jest nie tak. Ręka zaczęła mnie boleć. Chciałam butelkę przełożyć do drugiej ręki, choć na chwilkę. - Pierdut! W sekundzie stałam się mokra. Oszołomiona, dopiero po chwili zrozumiałam, że mokre ubranie to pryszcz przy tym, co się działo wokół. Zakwas był wszędzie: na meblach do kompakcie, na podłodze, na dywanikach w kąciku jadalnym i, co najgorsze, na obiciach krzeseł... Szybko pobiegłam do łazienki, ściągnęłam ubranie i zalałam wodą, założyłam nowe i wróciłam na miejsce katastrofy. Bo to naprawdę katastrofa! Wręcz nie do uwierzenia, że taka malutka butelka zakwasu może tyle złego zrobić! Od wczoraj sprzątam, ścieram, próbuję do normalności doprowadzić wszystko... Niestety! Nie mogę doczyścić wyściełanych krzeseł. Mam je niecały rok a teraz na niektórych siedzenia i oparcia wyglądają tak, jakby je ktoś używał w trakcie malowania mieszkania. Białe plamki wsiąkły w obicie! Jeszcze się nie poddaję, jeszcze pracuję nad nimi, bo mi szkoda wyrzuconych pieniędzy. Tak, robota lubi się mnożyć, kiedy głupol nie skupi się nad nią konkretnie.
poniedziałek, 02 stycznia 2012
Skończyłam dziś zajęcia w szkole dość wcześnie, bo miałam tylko cztery lekcje. Jak zawsze w poniedziałek zostałam jeszcze jedną godzinę dodatkowo. Po niej na przerwie w pokoju nauczycielskim dochodziło do różnych śmiesznych sytuacji. Ale najlepsze zdarzyło się pod koniec. Mam już wychodzić do domu i pytam koleżanki: - Idziesz już? - Co? - zapytała jak nieprzytomna. Kolega siedzący obok zbierał się do pójścia na lekcję. Powoli przeciskał się między krzesłami. - Co co? Pytam czy idziesz ze mną. Na to koleżanka: - Aaaa! Nie! Muszę sobie jeszcze choć gdzie pogrzebać... Wychodzącego kolegę wysztywniło i zastopowało. Szeeeeroki uśmiech wypłynął mu na usta. Zerknął na mnie, zerknął na koleżankę i rzucił: - To ja zostaję, poczekam i popatrzę. Dawno nie widziałam tak uchachanej koleżanki, gdy zrozumiała dwuznaczność sytuacji. Ona myślała o internecie...
sobota, 31 grudnia 2011
... by się nie powtarzać... Co roku, od prawie 6 lat, składam moim znajomym i czytelnikom życzenia na Nowy Rok. Dziś mam zamiar pożyczyć też i sobie. Jakoś tak zawsze dotychczas innych stawiałam przed sobą i ich ilość nie pozwalała mi dostrzec samej siebie. Dziś tego chcę - postawić się na przodzie grupki oczekujących na życzenia. I liczę na ich spełnienie. ;) Tak jak i chcę podsumować sobie w głowie ten miniony rok. Jaki był? Co mnie w nim spotkało? Styczeń zapisał mi się bardzo źle w pamięci. Zaraz na początku pogrzeb byłej uczennicy. Jeszcze nie poradziłam sobie z odejściem teściówki, Kazika i ucznia... Próbowałam sobie poukładać w łepetynie skołatane myśli i znaleźć jakieś wytłumaczenie dla tych bezsensownych (przynajmniej niektórych) śmierci. Nie ma takiego! Luty i marzec a także kwiecien to ciągle utarczki z Młodym. "Ucz się!"- hasłem każdego dnia. Młody w tym roku zdawał maturę. Ja zdawałam z nim... Zdał oczywiście... Nerwy i strach, czy się udało z matmą wolałabym wyrzucić z pamięci. Tak minął maj i kawałek czerwca. Pod jego koniec choroba Pabla. Znowu strach! O wiele większy! I dalej gdzieś głęboko przyczajony siedzi... Potem (lipiec) znów nerwy, czy Młody dostanie się na studia dzienne. 11 osób na jedno miejsce... Nie udało się, zabrakło głupiego 1 punktu. (Młody to typ depresyjny, którego trzeba ciągle wspierać, załamał mi się wtedy... Od tego dnia będę już zawsze się o niego bała...) Studiuje więc zaocznie. W sierpniu dowiedziałam się o planach burmistrza odnośnie mieszkania zajmowanego przeze mnie i moją rodzinę. Trzeba było szybko dokonać zmiany planów odnośnie budowy domu: nie murowany będzie lecz drewniany, bo tylko taki da się postawić w miarę szybko. Szukanie firmy... znalezienie, rozmowy, ustalenia i obawy, czy podołamy. Obawa dalej we mnie tkwi. We wrześniu miałam wypadek, operację i wróciłam do domu umajona gipsem. Dwa dni później Młody nareszcie mi się otwiera, wiem wreszcie skąd u niego te stany... Październik to siedzenie na d...e, poruszanie się jedynie w obrębie mieszkania. Dużo myślenia, o wiele za dużo. Połowa listopada to kolejna wyprawa do lekarza i nareszcie przyjemna informacja - zdejmujemy gips. Za chwile ostudzenie - na zwolnieniu będę jeszcze co najmniej 6 tygodni. Pytam, co mogę zrobić, żeby skrócić ten okres. Dostaję skierowanie na rehabilitację. Udaje się ją załatwić już za dwa dni. 29 listopada na kolejnej wizycie namawiam lekarza do puszczenia mnie do pracy. Zgadza się, choć b. niechętnie. Wracam do pracy 1. grudnia. Zachrzaniam, próbując nadrobić zaległości. Do domu wracam zmęczona, noga boli jak fiks. Zastanawiam się, czy dobrze zrobiłam naciskając na lekarza odnośnie powrotu do szkoły... Młody dowiaduje się, że nie będzie miał przedłużonej umowy o pracę... Niedobrze. Potem przychodzą święta i razem z nimi dużo radości, bo zjawia się siostra z mężem i Mimi. Jaki więc był ten rok? Był trudny. Kojarzę z nim wiele niepokoju, smutku, bólu , ...ale były w nim chwile radości i to sporo, wiele wydarzeń skończyło się pomyślnie... Czego więc życzę sobie i wszystkim tu zaglądającym? Przede wszystkim spokoju o jutro. Jak najmniej niemiłych niespodzianek życiowych. Życzliwych i dobrych znajomych. Jak najwięcej dni takich, po których pod wieczór będziemy sobie mówić: "To był udany dzień!" I z tego powodu uśmiech wypływał będzie na nasze usta, i z tym uśmiechem będziemy zasypiać, i z nadzieją czekać na kolejne wspaniałe 24 godziny... O wiele szczęśliwszego Nowego Roku 2012!
piątek, 30 grudnia 2011
Osoby ze słabą psychiką mają w obecnych czasach naprawdę problemy z trzeźwym patrzeniem na świat, jeśli patrzą przez pryzmat wiadomości i informacji lejących się z mediów. To, co nam stamtąd serwują, może załamać najmocniejszego psychicznie osobnika a co dopiero kogoś, kto jest w dużo słabszej kondycji. Nawet ja, wydaje mi się, odporna na wszelakie nieprzyjemności życiowe, zaczęłam się zamartwiać. No ale jak się tu nie zastanawiać, kiedy się słyszy same złe rzeczy! Żadnej, choć jednej pozytywnej, jedynie same minusy przyszłej egzystencji! I tak po kolei:
To echa tylko wczorajszych wiadomości o 19.30 w 1. programie TVP. Odnoszę wrażenie, że dziennikarze „nakręcili się” w jednym kierunku i już nie potrafią inaczej prowadzić programów informacyjnych, jedynie pokazując to, co ma straszyć. Tak, jakby im płacili za to, że wywołują w nas niepokój i obawy! A rząd, według nich, to ma na celu jedynie wymorzenie nas głodem albo doprowadzenie do śmierci poprzez niemożność zdobycia potrzebnego leku. I nie gadam tu żadnych głupot. Możecie sami sprawdzić oglądając jakikolwiek program informacyjny, czy to w 1., czy w Polsacie, czy w TVN. Zaczynam doceniać informacje sportowe, bo tam jeszcze można liczyć na jakieś pozytywy. A to Kowalska dała czadu albo Stoch czy Żyła pokazali się z dobrej strony. I chwała im za to. Te informacje to jak światełko w ciemnym tunelu. Całkiem pokaźne zakupy zrobiłam! Nawet jeśli ma się niewiele w kieszeni, można zaopatrzyć się bez problemu w artykuły rożnej maści. Nie jest najgorzej. Tylko ochodzić się trzeba. ;) Bo to w tym sklepie promocja na to a w tamtym na tamto, a w jeszcze innym na jeszcze inne tamto. Oprócz artykułów żywnościowych, czyli tych niezbędnych do życia, kupiłam dwa kremy, rękawiczki, cień do oczu...;) Dwa ostatnie artykuły nieplanowane... Ten wczorajszy eksperyment był mi potrzebny, bo za dużo zastanawiałam się nad naszym przyszłym życiem. A przyjdzie nam spłacać pożyczkę, na którą będzie szła prawie połowa naszych pensji. Pozostała część musi wystarczyć na wszelakie opłaty i na życie. Troszkę się uspokoiłam, choć wiem, że będę musiała chodzić na zakupy z karteczką w ręce. I ściśle trzymać się zaplanowanych wydatków. Zapomnieć o zakupach typu: "Nie potrzebuję, ale wezmę, bo to taka okazja!". Nie będzie źle! Nie będzie źle! Damy radę! Będę to sobie od teraz powtarzać jak mantrę.
PS Ten mój niepokój o przyszłość ma pewne podłoże... Ale o tym w następnym wpisie. | ||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||